Drażnięta, których strzeże płócienna obrona
I słaba oczom naszym zazdrości zasłona,
Któreście w ręku cudzych nigdy nie postały,
Których i własne ręce rzadko piastowały,
Trudno zgadnąć, jakoście stworzone, atoli
(Jeśli się pani wasza domyślać pozwoli)
Widząc, że sama biała jak śnieg niedeptany,
Że twarda, ni jej wzrusza stan mój opłakany,
Mniemam, że kto się odkryć was odważy, snadnie
Na twarde jabłka i na białą płeć napadnie.
Strzeżcież się kanikuły i słońca, można-li,
Bo i jabłka dojrzeją, i płeć się przypali.
Tysiąckroć, moja bohatyrko cudna.
Chcę z tobą stałe zawierać przymierze
I spisać nasze mowę na papierze.
I ty do tego nie dasz się być trudna.
Ale ja idę wprost, a tyś obłudna,
Bo choć Ja mieszkać w pokoju chcę szczerze,
Twe usta zdrajcy, twe oczy szalbierze
Marcują ze mną jako rota ludna.
Łacno tak wygrać, bo gdy się ja boju
Napieram, stoisz przy umownej radzie.
Kiedy zaś spuszczę i wierzę w pokoju,
Ty wojnę rześko zaczynasz na zdradzie.
Przebóg, przymierza! A że nie dla stroju
Przymierza proszę, weź serce w zakładzie.